sobota, 27 grudnia 2014

Miał być blog...

Miał być blog, miało być regularne pisanie, no i wyszło jak wyszło. Wieczny brak czasu, chociaż to chyba kwestia słabej organizacji, i muszę coś z tym zrobić. Ale akurat przez ostatnie 2 tygodnie miałam naprawdę mało wolnego czasu. Bieganie, siłownia, a do tego w międzyczasie pieczenie ciast i ciasteczek, żeby do pracy w urodziny zabrać :-) a jak już skończyły się urodzinowe przygotowania, zaczęły się świąteczne. Musiałam nawet odpuścić trochę treningi, ale nic to, święta święta i po świętach, więc lada moment wszystko wróci do normy. Nawet chwila odpoczynku, bo do pracy dopiero 02.01.

Jak już wspomniałam miałam urodziny, podsumowań żadnych nie będzie (noworocznych również nie będzie), wolę się skupić nad tym co przede mną, co jeszcze do zrobienia. Głównie biegowo. W planie półmaraton warszawski, a co dalej, czas pokaże. Przede wszystkim chciałabym przyspieszyć. Wszystko w swoim czasie, nie ma co się spinać. No i w końcu muszę porządek zrobić ze swoim odżywianiem, niby jest całkiem nieźle,  ale trzeba się porządnie ogarnąć, no i zrzucić przy okazji trochę zbędnego balastu.
Było parę okazji, urodziny, imieniny, gwiazdka i lada chwila będzie wymarzony zegarek :-D

A może teraz od początku. Po co mi to wszystko, po co blog? Już jakiś czas temu przeszło mi przez myśl żeby założyć, ale stwierdziłam, że
1. Nie mam aż tak ciekawego życia
2. Jest już tyle blogów biegowych, kulinarnych itp
3. Nigdy nie miałam żadnego talentu pisarskiego, oj nie.
Tym razem jednak, stwierdziłam czemu nie? Ok, ale po co tak właściwie? Przede wszystkim dla siebie, żeby móc za jakiś czas sprawdzić jak i kiedy zaczynałam, jak się poprawiałam, no i mieć wszystko zebrane w jedną kupę.

A skąd nazwa? Ani kulinarna, ani z bieganiem, siłownią, czy też zdrowym stylem życia nie związana. Już jest wystarczająco dużo biegających... ( wstaw imię ;-)),  runnerów, fit coś tam, więc ja mam swoją własną, raczej niezbyt się kojarzącą. Ewanna - siostra mnie tak nazwała w dzieciństwie, bo jej imię było długie, a moje takie krótkie i głupie ;-) wkurzało mnie to przez jakiś czas, aż przywykłam, i można powiedzieć, nawet polubiłam. A projekt - od jakiegoś czasu pracuję nad sobą, nad formą, nad ciałem, no i mam swój projekt. Ot takie proste, nie biegowe, a jednak ;-)

A od czego się zaczęła praca nad sobą? Od dziecka byłam pulpecikiem, więc całe życie na diecie. I na zmianę w górę i w dół. Częściej jednak w górę, bo polegało to ograniczaniu jedzenia i nic poza tym nie robieniu. Później jadłam jak wcześniej i boom, zaskoczenie ;-)
Jednak w zeszłym roku zdarzył się cud, zaczęłam się ruszać. Robić coś ze sobą. Zaczęłam od fitnessu, później pokochałam siłownię, aż pewnego dnia wygrało bieganie. Siłownia pozostała, ale to bieganie wkradło się na pierwsze miejsce. I podoba mi się to, bardzo :-D
Sama się tego nie spodziewałam, gdyby ktoś mi 2 lata temu powiedział, że będę biegać, marzyć o maratonie, zabiłabym śmiechem. A tu nagle, całkiem przypadkiem, sport stał się dla mnie wszystkim :-)

sobota, 13 grudnia 2014

Zaległości z tygodnia

Zdecydowanie mam za mało wolnego czasu w tygodniu. Sobota nie lepsza, teraz tylko parę luźniejszych chwil, a to tylko dlatego, że u fryzjera jestem :-) nie mam wyjścia, nic innego poza siedzeniem robić nie mogę.

A co mnie tak zajmowało w tygodniu?
W środę bieganie. Tym razem było dobrze, tempo ok, km też ok, pogoda rewelacjyjna. Oszronione gałązki drzew, krzaków, trawa, pięknie to wszystko wyglądało. O ile jaśniej i o ile przyjemniej, a nie jak wcześniej wszystko szare, bure, brązowe i podgniłe.
Miało być ok 8 km, ale pomyślałam, że skoro do pełnej 10 brakuje tak niewiele, musiałam wydłużyć. Sprzyjająca pogoda tylko ułatwiła decyzję. Po powrocie oczywiście rozciąganie i na drugi dzień żadnych oznak zmęczenia, zero bólu.


Po powrocie przygotowałam jeszcze szybki obiad na następne dni. Miała być przeróbka ostatniego makaronu, tylko tym razem z pęczakiem i ze szpinakiem. W międzyczasie wyszło coś innego. W szafce rzuciła mi się w oczy/ręce kasza bulgur, kupiłam ostatnio, więc czemu nie wypróbować. Szpinak został bez zmian, ale doszła jeszcze fasola. Na opakowaniu kaszy wyczytałam, że dodatek np. fasoli sprawi że danie będzie pełnowartościowym posiłkiem, no to fruuu.



SZPINAK KASZA I FASOLA 

* szpinak mrożony w liściach 750 g
* cebula czerwona 2 szt
* czosnek 3 ząbki
* fasola biała 1 puszka
* pomidory suszone ok 8 sztuk
* żurawina suszona ok 4 łyżki
* pestki dyni ok 4 łyżki 
* olej z pestek winogron 2 łyżki
* olej z suszonych pomidorów 2-3 łyżki 
* kasza bulgur 1 szklanka suchej

Na rozgrzanym oleju zeszklić posiekaną cebulę, dodać posiekany czosnek, podlać wodą i poddusić. Dorzucić szpinak, poczekać aż rozmarznie. Dodać posiekane suszone pomidory, pestki dyni i żurawinę. Dusić aż pomidory zmiekną, następnie wymieszać razem z ugotowaną wcześniej kaszą, fasolą i olejem z pomidorów. Pogotować jeszcze parę minut i gotowe.

Z podanych proporcji wychodzi naprawdę dużo, pełna patelnia śr ok 28 cm. Ja po podgrzaniu, już na talerzu, posypuję jeszcze rozkruszonym serem blue.

Czwartek = siłownia. Trening zaliczony. Szczegóły poniżej. 

1. Pompki, ręce oparte na bosu + wiosłowanie na maszynie wąskim uchwytem 15 kg; 3x15
2. Unoszenie sztangielek bokiem siedząc 3 kg/ręke + prostowanie ramion na wyciągu stojąc 20 kg; 3x15 
3. Ściąganie drążka do klatki, szeroko, 20 kg + przyciąganie linki wyciągu dolnego w sadzie płaskim 15 kg; 3x15 
4. Prostowanie nóg siedząc 10 kg + uginanie nóg leżąc 15 kg; 3x15 
5. Przysiady z kettlem 20 kg, stopy na stepach + martwy ciąg, sztangielki 5kg/ręke 
6. Unoszenie tyłka leżąc, jedna stopa oparta na bosu, druga wyprostowana, kolana obok siebie 3x20/nogę
7. Unoszenie wyprostowanej nogi z obciążeniem 2,5 kg, brzuch na piłce, ręce oparte na podłodze.
8. Spięcia
9. Unoszenie kolan w zwisie podpartym 

Ostatnio trochę tłoczeniej zrobiło się na siłowni, forma na Sylwestra potrzebna ;-) ale tym razem akurat w miarę spokojnie było.


Tyle chciałam jeszcze pisać, ale wolny czas u fryzjera się skończył. Teraz szybko zjeść, zakupy, a później trzeba pierogów na święta narobić :-) i jeszcze pasztet na teraz i ulepszoną wersję szpinakowych babeczek.

środa, 10 grudnia 2014

Ciężki bieg po biegu

W poniedziałek rano wstałam mile zaskoczona, że zupełnie nic mnie nie boli. Spodziewałam się przynajmniej bólu łydek, ale na szczęście nic z tego :-) Później okazało się że w ciasnych butach lekko stopa pobolewa, ta której śródstopie bolało przez pół niedzielnego człapania, więc miała prawo, ale to takie w sumie nic. Wieczorem wybrałam się pobiegać i tu już było gorzej. I nie wiem czy to kwestia zmęczenia czy słabych butów :-( Jak wracałam z pracy padał deszcz, zdecydowałam więc na bieg założyć rezerwowe buty z Lidla. I w drogę, na początku ból łydek, w trakcie przeszło na szczęście, ale czas słaby. Pierwszy km prawie 7 min, drugi wydawał mi się lepszy, do czasu aż endomondo uświadomiło mi, że jeszcze gorzej. Zrobiłam 5 km i do domu. Zastanawiam się czy zmęczenie czy buty, to był drugi bieg w nich, pierwszy też był kiepski, po 4 km zaczęłam iść, tylko że wtedy miałam też nogi styrane po siłowni, muszę kiedyś je przetestować w "normalnych warunkach".
Jak tylko zobaczyłam coś takiego jak ciasto szpinakowe (czyli w niedzielę na Wyścigach), nie mogłam doczekać się, aż je zrobię. Skorzystałam z przepisu z http://www.czekolada-utkane.pl/2014/05/ciasto-ze-szpinakiem-i-suszona-zurawina.html?m=1,  dodałam coś od siebie, zrezygnowałam z kremu i upiekłam jako babeczki.

Babeczki szpinakowe

Składniki (ok 15 babeczek)

1 szklanka cukru (ksylitol + trzcinowy)
3/4 szklanki oleju
3 jajka
2 szklanki mąki ( 1 pszennej i 1 żytniej; pełnoziarniste)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
450 g rozmrożonego i odsączonego, rozdrobnionego szpinaku
Skórka otwarta z 1 cytryny
Sok z cytryny
Migdały słupki ok 100g
1/3 tabliczki gorzkiej czekolady

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.dodajemy proszek do pieczenia - mieszamy. Jaja utrzeć z cukrem. Dodać olej, sok z cytryny i skórkę, nadal miksując. Następnie partiami mąkę. Jak będzie dokładnie wymieszane wrzucamy szpinak oraz migdały. Zmiksować. Na koniec wymieszać migdały i czekoladę.
Napełnić foremki babeczek do 3/4 wysokości, wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok 35 minut. Sprawdzić patyczkiem czy upieczone.


Użyłam szpinaku rozdrobnionego z biedronki, ale następnym razem ziele go jeszcze blenderem, bo kawałki za duże były i babeczki nie są tak fajnie zielone jak ciasto. I obawiam się ze też przez to nie wyrosły aż tak bardzo i chyba zbyt mokre, ale w smaku bardzo dobre, o i więcej cytryny dodam :-)

Jak co roku od 06.12 zaczęła się akcja TVNu Kup Misia. Bardzo fajny pomysł i chociaż dopiero trzeci rok, to chętnie włączam się w pomoc. W tym roku do Misi i Wiktorii dołączyła Krysia. 

Standardowo wtorek jest dniem siłowni, ale akurat nie ten wtorek :-) W ten było trochę lenistwa, produkcja ciastek owsianych, grzane wino wypite w towarzystwie siostry. Ale już jutro siłownia :-) ostatni miesiąc jakoś tak w kratkę chodziłam, ale pora przyłożyć się, no chyba że z bieganiem będzie kolidowało, bo bieganie ma już pierwszeństwo!
Dziś z kolei pobiegane, obiad na jutro zrobiony, sos czosnkowy ze słonecznika również, ale o tym wszystkim następnym razem.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Bieg Mikołajów

Bieg Mikołajów!



Dzień minął strasznie szybko, cały czas w biegu.
Budzik 7 rano, nie chciało się wstać, więc ze 3 razy przestawiony, żeby w końcu zwlec się z łóżka o 7.25. Za późno, przestawiając budzik nie pamiętałam, że czeka mnie jeszcze pieczenie chleba. Szybkie śniadanie, chleb do piekarnika, ogarnąć się i w drogę. Aaa jeszcze chleb, na szczęście siostra mu przypomniała :-) inaczej zjarałby się zupełnie, jako że lampka w piekarniku padła i jak widać ciemność to jakoś tak łatwiej zapomnieć, że coś w środku jest. A tak to mam pyszny chleb orkiszowo-żytni na zakwasie z czarnuszką i takimi tam innymi. Zdjęcia niestety bez rewelacji, bo albo z rana przy kiepskim świetle, albo z wieczora przy tak samo kiepskim świetle :-( 


Postanowiłam jechać autobusem, a na przystanek dobiec. Miał być 1 km, ale ale po ponownym sprawdzeniu rozkładu, okazało się że muszę zmienić autobus, no i przystanek też. Jednak 2,5 km :-) W międzyczasie chwila rozmowy z panem w sklepie, parę miłych słów oraz pochwał że biegam i początek dnia od razu przyjemniejszy. Niecała godzina jazdy autobusem, wysiadka i biegiem na Wyścigi. Tu już spotkałam się z koleżanką ze slowjoggingu, odebrałam pakiet i chwila na podkręcenie się i porozgladanie. Skusiłam się na kawałek pysznego ciasta cytrynowo lawendowego z gruszką, warto było. A tak niewiele brakowało żebym go nie kupiła, bo cukier, bo zaraz bieg, ale co tam, czasem można, zresztą musiałam zbierać siły na bieg.
Około 11:40 spotkałyśmy się z resztą grupy w umówionym miejscu. Poskakaliśmy chwilę w ramach rozgrzewki i na start. Biegliśmy 10 osobową grupą i jak wystartowaliśmy jako ostatni, tak przez cały czas dreptaliśmy na samym końcu. Jak kończyliśmy 3 okrążenie, to już nawet start sprzątnęli, ale mogliśmy biec dalej. Na metę dotarliśmy z czasem 01:31:33, oczywiście jako ostatni, ale medale na nas poczekały:-D Moje najdłuższe 10 km. 
Bieg bardzo udany, dużo uśmiechu, żartów, dobrej zabawy i dopingu dla wyprzedzajacych nas biegaczy.


Na koniec rozdzieliliśmy smakołyki, które przygotowało dla nas Sante i każdy w swoją stronę. Ja znowu na autobus, tym razem tylko kawałek pobiegłam, a resztę drogi przeszłam. Do wyboru miałam autobus za 20 minut i później 3 km piechotą do domu, albo autobus za ok 40 minut i 1 km do domu. Wybrałam 40 minut, a że obok było KFC skoczyłam się ogrzać, wypić kawę i zjeść ciastko. Znowu autobus. Wysiadka i żeby szybciej to do domu pobiegłam, no i w końcu rozciąganie, nie ma mowy żeby ominąć. Raz ominęłam i ok 2 tygodnie zmagałam się z bólem pachwiny.



W domu odpoczynek, prawie, ja jednak nie umiem już za bardzo nic nie robić. Miałam wykąpać się i poleżeć, ale zaczęłam szykować na następny dzień jedzenie, a jak już czekałam aż się skończy, to podłogę mopem obleciałam. A jedzenie wyszło mi pyszne, powtórzę to jak tylko skończy mi się to co zrobiłam, tylko tym razem z pęczakiem. A rzecz bardzo prosta i szybka. 

Posiekana cebula na patelnię z olejem, dodać czosnek, podlać wodą i przydusić. Dodać dynię pokrojoną w kostkę, suszone pomidory, suszoną żurawinę i pestki dyni, dusić aż dynia zmięknie, dodać ugotowany wcześniej makaron, wymieszać, na talerzu posypać serem z niebieską pieśnią. Bajka!




I to by było na tyle z wczoraj, dziś było bieganie, babeczki szpinakowe, ale o tym później, pora spać.


sobota, 6 grudnia 2014

Czas, Start!

Cześć

Jestem Ewa i po długich rozmyślaniach postanowiłam stworzyć swojego bloga. (Zupełnie jakbym przedstawiała się w grupie wspracia). O czym będzie? Głównie bieganie, siłownia, jedzenie i pewnie wszystkiego innego po trochu.
To na razie tyle o mnie. W wolnej chwili więcej informacji, ciekawostek i po co mi ten blog i skąd ta "chwytliwa" nazwa ;)

Jak zaczynać to z przytupem!
Dziś zaczęłam od biegu, początkowo miało to być 10-12 km, z tempem 6-6:30, ale przez pierwszy kilometr przemyślałam to i doszłam do wniosku, że będzie trochę wolniej. Później przyszła również decyzja o skróceniu dystansu. I skończyłam po 8 km. Nie chce przesadzić, wiem że dla niektórych biegaczy brzmi to śmieszenie, no ale cóż. Dla mnie kiedyś też to będzie śmieszne :) Jutro przede mną kolejny bieg, o ile biegiem to można nazwać. Chodzi o II Warszawski Bieg Mikołajów na Służewcu, tylko że w tempie slow joggingu z Sante. Dlatego też dałam dziś nogom jednak trochę wytchnienia, bo na koniec jutrzejszego dnia moje łydki i tak mogą być w kiepskim stanie.




Wiadomo nie samym bieganiem człowiek żyje. Jedzenie równie ważne, a gotowanie jakże przyjemne.
Ostatnio strasznie rozsmakowałam się w wegeburgerach. Pierwsze zrobiłam wg przepisu z Jadłonomii, kolejne już na swój własny sposób, wzorując się jednak nadal na tych oryginalnych.
Dodatkowo dwie małe cukinie nafaszerowałam burgerową masą i na wierzch jajko.


Wegeburgery

wzorowane na przepisie z Jadłonomii

Składniki:
  • ugotowana kasza jaglana (1 szkl suchej)
  • ok 2 szkl startej marchewki i dyni (u mnie piżmowej)
  • 3/4 szkl prażonego słonecznika
  • 1/2 szkl prażonego sezamu
  • 2 małe czerwone cebule
  • 1/2 szkl płatków drożdżowych (użyłam zamiast bułki tartej)
  • ok 50 g zmielonego sorgo
  • ok 50 g mrożonej bazylii
  • 1/4 szkl oleju z pestek winogron
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżeczki nasion kolendry, zmielone w młynku do kawy, szybciej niż w moździerzu ;)
  • ok 2 cm startego świeżego imbiru
  • 1/4 łyżeczki chilli
  • 1 i 1/2 łyżeczki cynamonu
  • sól i pieprz
  • miąższ z 2 małych cukinii

Wykonanie jest banalnie proste, mieszamy wszystko razem, do uzyskania klejącej się, zwartej masy. Formować burgery, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i do piekarnika nagrzanego do 200°. Piec ok 30 minut. Ja zazwyczaj trochę przedłużam, zależne również od piekarnika.
Jak do tej pory nie zdarzyło mi się ich jeszcze zjeść w bułce, z sałatką, pomidorem, majonezem itp, zazwyczaj pełnią funkcję kotleta.

Z tej ilości wyszło mi całkiem sporych burgerów, no i jeszcze nafaszerowałam dwie cukinie.

Tym razem zrezygnowałam z mąki i bułki tartej na rzecz zmielonego sorgo i płatków drożdżowych, no i wyszły jak dla mnie, trochę zbyt miękkie, w smaku rewelacja, ale jednak następnym razem dosypię mąkę.


To by było tyle na dziś, pora wyspać się przed jutrzejszym "biegiem" ;) Z rana czeka mnie jeszcze pieczenie chleba, który teraz sobie wyrasta :D