Bieg Mikołajów!
Dzień minął strasznie szybko, cały czas w biegu.
Budzik 7 rano, nie chciało się wstać, więc ze 3 razy przestawiony, żeby w końcu zwlec się z łóżka o 7.25. Za późno, przestawiając budzik nie pamiętałam, że czeka mnie jeszcze pieczenie chleba. Szybkie śniadanie, chleb do piekarnika, ogarnąć się i w drogę. Aaa jeszcze chleb, na szczęście siostra mu przypomniała :-) inaczej zjarałby się zupełnie, jako że lampka w piekarniku padła i jak widać ciemność to jakoś tak łatwiej zapomnieć, że coś w środku jest. A tak to mam pyszny chleb orkiszowo-żytni na zakwasie z czarnuszką i takimi tam innymi. Zdjęcia niestety bez rewelacji, bo albo z rana przy kiepskim świetle, albo z wieczora przy tak samo kiepskim świetle :-(
Dzień minął strasznie szybko, cały czas w biegu.
Budzik 7 rano, nie chciało się wstać, więc ze 3 razy przestawiony, żeby w końcu zwlec się z łóżka o 7.25. Za późno, przestawiając budzik nie pamiętałam, że czeka mnie jeszcze pieczenie chleba. Szybkie śniadanie, chleb do piekarnika, ogarnąć się i w drogę. Aaa jeszcze chleb, na szczęście siostra mu przypomniała :-) inaczej zjarałby się zupełnie, jako że lampka w piekarniku padła i jak widać ciemność to jakoś tak łatwiej zapomnieć, że coś w środku jest. A tak to mam pyszny chleb orkiszowo-żytni na zakwasie z czarnuszką i takimi tam innymi. Zdjęcia niestety bez rewelacji, bo albo z rana przy kiepskim świetle, albo z wieczora przy tak samo kiepskim świetle :-(
Postanowiłam jechać autobusem, a na przystanek dobiec. Miał być 1 km, ale ale po ponownym sprawdzeniu rozkładu, okazało się że muszę zmienić autobus, no i przystanek też. Jednak 2,5 km :-) W międzyczasie chwila rozmowy z panem w sklepie, parę miłych słów oraz pochwał że biegam i początek dnia od razu przyjemniejszy. Niecała godzina jazdy autobusem, wysiadka i biegiem na Wyścigi. Tu już spotkałam się z koleżanką ze slowjoggingu, odebrałam pakiet i chwila na podkręcenie się i porozgladanie. Skusiłam się na kawałek pysznego ciasta cytrynowo lawendowego z gruszką, warto było. A tak niewiele brakowało żebym go nie kupiła, bo cukier, bo zaraz bieg, ale co tam, czasem można, zresztą musiałam zbierać siły na bieg.
Około 11:40 spotkałyśmy się z resztą grupy w umówionym miejscu. Poskakaliśmy chwilę w ramach rozgrzewki i na start. Biegliśmy 10 osobową grupą i jak wystartowaliśmy jako ostatni, tak przez cały czas dreptaliśmy na samym końcu. Jak kończyliśmy 3 okrążenie, to już nawet start sprzątnęli, ale mogliśmy biec dalej. Na metę dotarliśmy z czasem 01:31:33, oczywiście jako ostatni, ale medale na nas poczekały:-D Moje najdłuższe 10 km.
Bieg bardzo udany, dużo uśmiechu, żartów, dobrej zabawy i dopingu dla wyprzedzajacych nas biegaczy.
Na koniec rozdzieliliśmy smakołyki, które przygotowało dla nas Sante i każdy w swoją stronę. Ja znowu na autobus, tym razem tylko kawałek pobiegłam, a resztę drogi przeszłam. Do wyboru miałam autobus za 20 minut i później 3 km piechotą do domu, albo autobus za ok 40 minut i 1 km do domu. Wybrałam 40 minut, a że obok było KFC skoczyłam się ogrzać, wypić kawę i zjeść ciastko. Znowu autobus. Wysiadka i żeby szybciej to do domu pobiegłam, no i w końcu rozciąganie, nie ma mowy żeby ominąć. Raz ominęłam i ok 2 tygodnie zmagałam się z bólem pachwiny.
W domu odpoczynek, prawie, ja jednak nie umiem już za bardzo nic nie robić. Miałam wykąpać się i poleżeć, ale zaczęłam szykować na następny dzień jedzenie, a jak już czekałam aż się skończy, to podłogę mopem obleciałam. A jedzenie wyszło mi pyszne, powtórzę to jak tylko skończy mi się to co zrobiłam, tylko tym razem z pęczakiem. A rzecz bardzo prosta i szybka.
Posiekana cebula na patelnię z olejem, dodać czosnek, podlać wodą i przydusić. Dodać dynię pokrojoną w kostkę, suszone pomidory, suszoną żurawinę i pestki dyni, dusić aż dynia zmięknie, dodać ugotowany wcześniej makaron, wymieszać, na talerzu posypać serem z niebieską pieśnią. Bajka!
I to by było na tyle z wczoraj, dziś było bieganie, babeczki szpinakowe, ale o tym później, pora spać.


